Serb pracuje w Widzewie od początku marca. Dotychczas poprowadził zespół w 10 meczach. Cztery z nich wygrał, trzy zremisował i tyle samo przegrał. Jego średnia punktów na spotkanie to 1,5 punktu. Póki co wystarcza to na utrzymanie, bo drużyna jest ponad strefą spadkową. Ale wciąż jest realnie zagrożona spadkiem, więc w ostatnim meczu sezonu - w sobotę z Piastem Gliwice - trzeba wygrać. W grę wchodzą też inne scenariusze, ale tylko w tym jest na 100 procent pewne już teraz, że Widzew zostanie w elicie.
Każdy trener ma swoich ulubieńców, piłkarzy, którym ufa i na ktrych stawia i nic dziwnego. Inni mają gorzej. Albo grają mniej, albo niemal wcale lub wcale. W gronie tych ostatnich jest Osman Bukari, najdroższy piłkarz w historii Widzewa i całej ekstraklasy. Zimą Widzew zapłacił za niego 5,5 miliona euro.
Osman Bukari, czyli niewypał transferowy Widzewa. Ale...
Ghańczyk to jednak wielki zawód, chociaż trzeba przyznać, że nie tylko ze swojej winy. U Igora Jovićevicia Bukari zagrał w pięciu meczach i nie były to występy dobre. Później przyszedł Vuko i na byłego piłkarza Austin FC nie stawiał w ogóle. Powody to jego zdaniem słaba forma zawodnika, a także przeszkody formalne. Bukari musiał wylecieć z Polski, by załatwiać wizę uprawniającą do pracy w Polsce. Później wrócił, trenował i wreszcie u nowego trenera zagrał. Bukari wszedł na boisko 18 kwietnia w meczu z Radomiakiem. Była 86. munuta.
Później znów nie podniósł się z ławki. Vuković dał mu zagrać jeszcze tylko dwa razy. W Warszawie przy wyniku 0:0 wpuścił go w 78. minucie i w ostatni piątek w Kielcach. Była 74. minuta, a Korona prowadziła 1:0. Ghańczyk miał więc ratować wynik. Trudno napisać, że był to występ dobry, ale obiecujący na pewno. Widać było, że 27-latek ma niezłe umiejętności. Musi je mieć skoro był gwiazdą ligi serbskiej - z Crveną Zvezdą Belgrad zdobył dwa mistrzostwa i dwa puchary, grał w Belgii i we Francji, gdzie z FC Nantes sięgnał po Puchar Francji. W końcu kupiono go do amerykańskiej MLS. Nie ma możliwości, by Bukari nie umiał grać w piłkę i to dobrze.
Prawda jednak jest taka, że w Widzewie nie dano mu prawdziwej szansy. Były występu u Jovićevicia, ale to były pierwsze kroki piłkarza w nowej drużynie, nowym kraju, a nawet na nowym kontynencie po powrocie zza oceanu. Do tego był środek zimy i naprawdę niskie temperatury.
"Szanse" od Aleksandara Vukovicia
Vuković dał mu trzy krótkie "szanse". Ani razu nie wpuścił go jednak na boisko w Sercu Łodzi, gdy Widzew prowadził. Przy swoich kibicach i dobrym wyniku. A okazje były - w meczach z Motorem Lublin i Lechią Gdańsk. Łodzianie prowadzi różnicą dwóch, a nawet trzech goli. To byłyby idealne wręcz okoliczności, by Bukari się pokazał, zagrał na większym luzie i bez presji, jaka towarzyszy piłkarzowi w momencie wyjścia na boisku na stadionie rywala i to przy niekorzystnym wyniku. W Kielcach wyglądało to tak, jakby nagle Vuković chciał, by Ghańczyk ratował wynik. Porażka oznaczała utrzymanie Korony i wielkie problemy Widzewa, czytaj bardzo prawdopodobny spadek. Po porażkach Lechii i Piasta w niedzielę sytuacja się polepszyła.
Widzew kupił Bukariego za rekordowe pieniądze, ale nie zrobił wiele, by uwolnić jego potencjał, wręcz, by mu pomóc. Problemy z wizą, brak zuafania trenera i brak prawdziwych szans, wysłanie go pod stadion, by na dzień kobiet rozdawał kwiaty - to na pewno nie pomogło. Wręcz przeciwnie. Widzew robił z niego bohatera memów.
Nic dziwnego, że w serbskich portalach Bukari zaczął tęsknić za Crveną Zvezdą, gdzie czuł się świetnie, gdzie wierzono w niego, wspierano go i mu ufano.
W tym sezonie pozostał jeden mecz. Widzew gra u siebie. Ostatni raz Bukari biegał po murawie Serca Łodzi (jeszcze starej i zniszczonej) 20 lutego. Teraz nadarza się ostatnia okazja, by zagrał na stadionie Widzewa. Grający ostatnio na prawym skrzydle Angel Baena zawodzi. To idealny moment, by dać Bukariemu szansę. Mogłoby się okazać, że to dobry piłkarzy. Niewykluczone też, że pomógłby w utrzymaniu... Żeby się o tym przekonać, trzeba byłoby dać mu zagrać.
Komentarze (0)