31-letni kierowca Opla zginął na miejscu
Do tragedii doszło 26 października 2025 roku przy skrzyżowaniu Al. 600-lecia Miasta Łodzi z ul. Bronisin. Jakub M. jechał Mercedesem, przekraczając dozwoloną prędkość. Nagle zjechał na przeciwny pas ruchu i czołowo zderzył się z Oplem Corsą, którym podróżowało młode małżeństwo.
31-letni kierowca Opla zginął na miejscu, 32-letnia pasażerka z bardzo poważnymi obrażeniami śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego została przetransportowana do szpitala. Opieki medycznej wymagał również sprawca wypadku. Okazało się, że w organizmie miał kokainę, a w jego samochodzie funkcjonariusze znaleźli inne narkotyki, m.in. amfetaminę.
"Doszło do mnie, że był wypadek"
W sądzie Jakub M. wyjaśniał, że w tamtym czasie rozwiódł się z żoną i w związku z tym był w złym stanie psychicznym. Zdarzało mu się sięgać po alkohol. Samego momentu wypadku jednak nie pamięta.
- Tego dnia nie zażywałem żadnych substancji psychoaktywnych. Być może straciłem przytomność. Ocknąłem się po zderzeniu, bardzo bolały mnie klatka piersiowa i głowa. Później pamiętam strażaków, którzy pomagali mi wydostać się z auta. Doszło do mnie, że był wypadek. Jak już byłem w szpitalu, poinformowano mnie, że jestem zatrzymany. Uświadomiłem sobie wtedy, że stało się coś bardzo złego
- mówił podczas czwartkowej rozprawy.
"Bardzo żałuję i biorę pełną odpowiedzialność"
48-latkowi łamał się głos, kiedy przepraszał rodzinę ofiary i jego żonę (zarówno ona, jak i matka 31-latka są oskarżycielami posiłkowymi - przyp. red.).
- Bardzo żałuję i biorę na siebie pełną odpowiedzialność za to zdarzenie. Będę musiał z tym żyć. Chcę się pojednać i, jeśli to w ogóle możliwe, uzyskać przebaczenie. Chcę też zadośćuczynić krzywdzie, którą wyrządziłem.
Rozprawa została odroczona do 7 grudnia br. Nie wiadomo, jak dalej potoczy się proces, ponieważ matka kierowcy Opla zgodziła się na mediacje z oskarżonym. Nie chce za to o nich słyszeć wdowa po nim.
Komentarze (0)