Przez ponad godzinę Widzew grał w Częstochowie w przewadze jednego zawodnika. Było to widać, bo mieli przewagę, dłużej utrzymywali się przy piłce. Przez większość czasu nic jednak z tego nie wynikało. Licznik celnych strzałów na bramkę Rakowa cały czas wskazywał zero. Tempo rozgrywania akcji przez gości było po prostu zbyt wolne, by czymś zaskoczyć rywali.
Pierwszy celny strzał oddał Sebastian Bergier
Zmieniło się to w samej końcówce. Pierwszy celny strzał oddał Sebastian Bergier, który - tak na marginesie - w kilka minut zrobił więcej, niż Andi Zeqiri przez cały swój pobyt na boisku. Forma, a raczej w ogóle umiejętności Szwajcara, zaczynają naprawdę zastanawiać, bo przecież Widzew kupował latem za rekordowe wtedy 2 miliony euro reprezentanta swojego kraju. Prezes Michał Rydz mówił wtedy o "perle w koronie" i dzisiaj brzmi to jak mem. Ale to już inna historia...
Wróćmy do końcówki meczu. Najpierw Bergier oddał pierwszy celny strzał w meczu, potem wyłożył piłkę Franowi Alvarezowi, a ten dał Widzewowi prowadzenie. Do końca pozostawało niewiele czasu, a przecież rywal był osłabiony. Wszystko wskazywało na to, że łódzki zespół nareszcie zgarnie trzy punkty, co w jego sytuacji byłoby na wagę złota. Ale dał sobie wbić gola. - Na pewno szkoda tej końcówki i straconej bramki. W 3 minuty przeszliśmy z nieba do piekła. To boli. Trudno mi dojść do siebie, bo uważam, że byliśmy lepsi niż Raków - komentował Bartłomiej Drągowski, który wyglądał jak bokser po walce. Bo bramkarz Widzewa przy kluczowej dla losów meczów sytuacji, został kopnięty w twarz. Rywal najpierw kopnął piłkę, a potem stopa wylądowała na twarzy Widzewiaka. Potem padł gol. Łodzianie protestowali, ale Paweł Raczkowski i jego ekipa nie dali się przekonać, że był faul. Nie rozstrzygniemy, kto miał rację.
Czy Widzewowi należał się karny?
Tak samo, jak w innych kontrowersyjnych sytuacjach, a takich nie brakowało i to w sytuacjach, które mogły rozstrzygać o losach spotkania. Chyba nikt nie ma tylko wątpliwości, że na wyrzucenie z boiska zasłużył Zoran Arsenić. Może jedynie, czy obrońca Rakowa nie powinien zejść już wcześniej.
Najwięcej kontrowersji było przy szarży w pole karne Angela Baeny. Swojego rodaka "uruchomił" Alvarez, a rezerwowy Widzewa w starciu z rywalem padł w polu karnym. Czy był faulowani? Jedni twierdzą, że tak, inni że nie. Jeden z fachowców, którego już nie cytujemy, twierdzi nawet, że Baena symulował, co trudno przyjąć, bo miał przed sobą bramkarza i szansę na strzelenie gola. A wybrał upadek?
Widzieliśmy, że w tej sytuacji zadziałała VAR, ale sędziowie uznali, że przewiną do tyłu i dostrzegli rękę Sebastiana Bergiera przy przyjęciu piłki. To było zanim jeszcze Alvarez podawał do Baeny. I uznali, że wtedy było przewinienie i nie powinni w ogóle zajmować się akcją w polu karnym. - Dla mnie kwestia VAR-u w sytuacji z karnym to jest absurd, Wracamy do zagrania dużo wcześniej. Dla mnie to niepojęte. Pamiętam, jak na początku sezonu trener Sopić narzekał na sędziowanie, moim zdaniem słusznie. Też była taka sytuacji na Cracovii, gdzie Bergier zagrał piłkę ręką. Dla mnie to był śmiech na sali, a nie ręka. A dzisiejsza sytuacja to przebiła. To jest mój komentarz - stwierdził po meczu trener Aleksandar Vuković. A Serb zwykle nie ocenia decyzji sędziów, a zdarzało się, że ich tłumaczył.
Czy Widzewowi należał się karny? Czy był faul na Drągowskim? Czy łódzka drużyna sama jest sobie winna, że nie wygrała w Częstochowie? Na te trzy pytania na pewno znamy tylko jedną odpowiedź. Na to ostatnie. Widzew grając tak długo w przewadze i w końcu zdobywając gola na 1:0 i to na chwilę przed końcem meczu, powinien to spotkanie wygrać. Sam jest sobie winien, że tego nie zrobił.
Komentarze (0)